Zaloguj się
Nie pamiętasz hasła? Zarejestruj się
Producenci
Moje "Ultra Road to Hel 2022", tygodniowa wyprawa na rolkach terenowych z przyczepką. 6
Moje "Ultra Road to Hel 2022" na rolkach terenowych z przyczepką.

Jak większość z Was wie, w dniach 4-11 czerwca przejechałem na rolkach terenowych Skike v9 Tour i przyczepką trasę Świnoujście-Hel. Dość powiedzieć, że przez 8 dni przejechałam prawie 450 km.

Nie będę tutaj teraz opisywał wszystkich szczegółów tej wyprawy, ponieważ większość informacji starałem się opisywać w moich codziennych relacjach (na które żywo reagowaliście, za co serdecznie dziękuję!), do których odsyłam na nasz profil na Facebooku.

Ale pomyślałem sobie, że napiszę jeszcze małe podsumowanie dotyczące mojej wyprawy.

Skąd w ogóle taki „szalony” pomysł (bo i z takimi stwierdzeniami się spotykałem)?

Jakie miałem oczekiwania i obawy?

Co się udało a co nie?

Co warto zabrać na taką wyprawę i jak się przygotować.

I jeszcze parę informacji i ciekawostek :)

W trasie w lesie

Na początek oczywiście napiszę skąd mi się to wzięło :)

Inspiracji było kilka, ale tu na pewno mogę wskazać dwie główne:

Pierwsza to Otto Eder. Człowiek, który wymyślił Skike i zaraził mnie tym sportem kilkanaście lat temu całkowicie :) Ale to również On jako pierwszy zaimponował mi swoimi corocznymi wyprawami po 1000 km, przejeżdżając przez Alpy z Austrii do Włoch w 10 dni i jadąc tylko z plecakiem.

Drugą inspiracją była holendersko belgijska para: Zoe Agasi & Oliver Van Herck, znani jako WeLeaf

To Oni w 4 lata, razem przeszli, przepłynęli (na canoe) i objechali kulę ziemską (rowerem, nartach i nartorolkach). Warto zajrzeć na ich stronę weleaf.nl, ponieważ jest tam również lista ich ekwipunku z którego korzystali.

To właśnie u Nich najbardziej spodobał mi się pomysł podróżowania na rolkach terenowych z przyczepką. Jest to sposób na zabranie ze sobą relatywnie sporej ilości przydatnych rzeczy w samotnej wędrówce, żeby jak najmniej być uzależnionym od czynników zewnętrznych. Co prawda na razie nie zamierzałem wybierać się tak jak Oni w bardziej ekstremalne rejony, ale sam pomysł wydał mi się o wiele ciekawszy, niż wożenie wszystkiego w plecaku. Plecak ma swoje ograniczenie wagowe co w połączeniu z wagą samej osoby (powiedzmy szczerze, nie najniższą w moim przypadku ;) ), może dość znacznie obciążyć same rolki. No i po kilku godzinach takiej jazdy i to przez kilka dni, barki i plecy nadawałyby się „do wymiany” ;)

Przyczepka natomiast jest wygodna w manewrowaniu i po krótkim czasie potrzebnym do przyzwyczajenia się do niej, praktycznie jej w czasie jazdy nie czułem. I choć sama w sobie obciążona jest dość ciężka, to podczas jazdy praktycznie „jedzie sama”. Jednak, trzeba pamiętać, że ma też swoje ograniczenia. Nie wszędzie wjedzie. Średnio sprawdzi się w bardzo wąskich ścieżkach i terenach mocno górzystych i kamienistych.

Ogromnym plusem rolek terenowych Skike v9 Tour na kołach 200 mm, jest fakt, że przy dobrej technice przejadą prawie wszędzie tam gdzie rower, no i przede wszystkim są zaopatrzone w bardzo skuteczne hamulce. No i mają to, czego nie miały nartorolki wspomnianej wyżej pary. Oprócz większych (i szerszych!) kół, mają w przednim kole łożysko jednokierunkowe, co pozwala na swobodne wędrowanie klasykiem gdy natrafimy na trudniejszy teren.

To był zalążek, który gdy raz pojawił się w mojej głowie, to już nie chciał z niej wyjść. A skoro nie chciał wyjść, to postanowiłem go zrealizować za wszelką cenę.

Tak po chwili zastanowienia, to myślę, że tą wyprawą chciałem też trochę pokazać i być może, udowodnić, jak wspaniałym i wszechstronnym sportem jest skiking. Fajnie jest się spotkać raz na jakiś czas na wspólnych rajdach i przejechać wspólnie w jeden dzień np. 60 km. Ale równie fantastycznie, jest po prostu spakować namiot i resztę ekwipunku w przyczepkę i ruszyć samotnie na dłuższą wyprawę wśród przyrody. Możecie mi wierzyć bądź nie, ale ja przez całą wyprawę nie słuchałem radia, żadnych wiadomości. Nic. Po prostu gdy się wędruje niespiesznie przez las, to po kilku godzinach, chociaż jest się już trochę zmęczonym, to chłonie się całym sobą wszystkie dźwięki lasu i morza obok. To jest naprawdę niesamowite uczucie.

Co do oczekiwań, to po prostu chciałem ją przejechać :)

Nie ukrywam też, że polskie Wybrzeże wybrałem z pełną świadomością właśnie na pierwszy taki wyjazd. Jest dość gęsto zaludnione, ma bogatą bazę noclegową, która, co najważniejsze w czerwcu nie jest tak obłożona, jak to ma miejsce w wakacje. Pogoda też jest już w miarę pewna i dni są najdłuższe w całym roku. No i gdyby coś się stało mnie, czy sprzętowi (co jak wiecie z moich relacji miało miejsce) to łatwiej jest o czyjąś pomoc. Obaw też trochę miałem, ale wiecie co było najtrudniejsze z całej wyprawy? Zdecydować się i… ruszyć się z domu. Od momentu gdy znalazłem się w pociągu i ogłosiłem to oficjalnie na FB (co jednak też „trochę” motywuje ;) ) nie było już odwrotu. Trzeba było to zrobić :)

Na polu namiotowym

Co się udało?

Najważniejsze. Udało się przejechać :) Poszczególne odcinki tras ustawiłem tak, żeby na początku na Pomorzu Zachodnim, gdzie jednak jest lepsza infrastruktura rowerowa, były dłuższe (miały po ok 70 km dziennie), a później, gdy być może będę już jednak zmęczony, były trochę krótsze, Czy to się sprawdziło? I tak i nie. Nie znając trasy na szczęście intuicyjnie dobrze się stało, że tak zrobiłem. Natomiast teraz już wiem, że przy tego typu wycieczkach na rolkach terenowych, optymalną dzienną odległością jest ok 50 km. Gdy trasa jest w dobrym stanie, to szybko dojedziemy na miejsce i mamy jeszcze sporo dnia, żeby chociażby na spokojnie pozwiedzać okolicę. A jeśli okaże się trudniejsza niż myśleliśmy, że będzie, no to mamy więcej czasu z dnia, żeby ją na spokojnie przejechać, nawet „szurając” sobie max 10 km/h klasykiem :)

Co się nie udało?

Nie udało się wszystkiego przewidzieć, ale tego się nigdy nie uda zrobić :) Nie mogłem do końca przewidzieć, że wywróci mi się przyczepka i złamie jeden dyszel. Na szczęście choć nie do końca byłem przygotowany akurat na taką ekstremalną ewentualność, to za pomocą „super taśmy” prowizorycznie dałem sobie radę. Teraz przyczepka jest już odnowiona, a oba dyszle dodatkowo wzmocnione w newralgicznych miejscach.

Nie sprawdziły się też do końca wszystkie sprzęty campingowe, ale to akurat sygnał, że przed taką dłuższą wyprawą najlepiej wszystko sprawdzić w domu :)

Co warto zabrać na taką wyprawę?

Tutaj szczerze mówiąc nie miałem już takiego doświadczenia. Czasy kiedy jeździło się samodzielnie pod namiot, mam już dawno za sobą ;) Ale tutaj bardzo pomocny okazał się Youtube. Jest mnóstwo ciekawych poradników co się przyda a co się nie sprawdzi w podróży z namiotem. No i wspomniana wyżej para ma na swojej stronie bardzo fajne listy ich ekwipunku w zależności czym się przemieszczali. Warto tam zajrzeć. Oczywiście, poza standardowym ekwipunkiem biwakowym, trzeba ze sobą zabrać ew. części zamienne do rolek i przyczepki, oraz najlepiej zapasowe kijki. Ja wziąłem ze sobą kije Skike One4Tour, które są 3-częściowe i po złożeniu mają długość max 78 cm, przez co idealnie mieściły się w przyczepce.

Panorama za Darłówkiem

Jak i czy trzeba się specjalnie przygotować?

Co do przygotowania siłowego, to nie robiłem jakichś szczególnych dodatkowych dłuższych treningów, niż standardowe jazdy po ok. 20 km – 3 razy w tygodniu. Ale pamiętajcie, że ja jeżdżę już paręnaście lat. Jeśli ktoś zaczął jeździć dajmy na to, w zeszłym roku, to na przygotowania siłowe i techniczne będzie musiał poświęcić jednak trochę więcej czasu. Ja jedynie na miesiąc przed wyprawą dodatkowo 2 do 3 razy w tygodniu ćwiczyłem (głównie górne partie) na własnoręcznie zrobionych ekspanderach z przepisu na stronie nabiegowkach.pl

O czym warto dodatkowo pamiętać podczas takiej wyprawy?

Podstawa to: nawadnianie i odżywianie. Jak doskonale wiecie, rolki terenowe są o wiele bardziej wysiłkowym sportem od roweru (oczywiście, mam tu na myśli rekreacyjną jazdę rowerem). Dlatego naprawdę ważne jest regularne nawadnianie organizmu. Ja akurat trafiłem na bardzo fajną pogodę. Nie było jakoś super ciepło, ale i tak, gdy słoneczko przygrzało, to pot dawał mi się we znaki. W lekkim plecaku miałem 3 litrowy bukłak na wodę, oraz dodatkowo dwa bidony po 600 ml, w których codziennie robiłem sobie izotonik.

Wyobraźcie sobie, że dziennie podczas takiego 60-70 km odcinka potrafiłem wypić 1,5 do 2 bukłaków wody (5-6 litrów!) i oczywiście oba bidony z izotonikiem. A tylko może raz dziennie chodziłem „na stronę”. Reszta ze mnie odparowywała. Dodatkowo rano zjadałem pożywne śniadanie. Była to naprawdę spora porcja muesli (porcja 400-500 kcal), a potem w czasie jazdy zjadałem 4-6 batonów muesli czy orzechowych. Około godziny 15-16 starałem się stawać na obiad i wieczorem szedłem na równie konkretną kolację. Nie czułem się przez to osłabiony. Druga rzecz, to krem z konkretnym filtrem (ja miałem 50, bo mam jasną karnację). Wystarczyło tylko, że pierwszego dnia zapomniałem go zastosować, bo słonko niby świeciło, ale jakoś tak nie za mocno, to następnego dnia moje łydki robiły za odblaski :) Później smarowałem się już regularnie codziennie. Kolejna sprawa to rozciąganie. Wiadomo, ono zawsze jest istotne, ale nie zawsze się o nim pamięta. Tutaj, przy kilkudniowej wyprawie, rozciąganie rano i wieczorem to naprawdę istotna sprawa, żeby nie narazić się na niespodziewane skurcze podczas jazdy.

droga w lesie przed Rowami

Co się jeszcze przydało?

Sprawdziły się gadżety, których trochę już zebrałem. A jak wiecie mam fioła na punkcie bezpieczeństwa i głównie pod tym kątem ich szukam. A, co chyba oczywiste (ale napiszę dla pewności), wszystkie umieszczone na (obowiązkowym, zawsze!) kasku.

Porządne oświetlenie to podstawa.

Nawet w ciągu dnia! Szczególnie jak zdarzy Wam się jechać po drogach publicznych, koniecznie je włączajcie, ponieważ gdy kierowca samochodu wyjedzie ze sporą prędkością z ostrego słońca w zacieniony drzewami odcinek, zanim mu się zaadaptuje wzrok do zmienionych warunków, to może Was (bez włączonych świateł) po prostu nie zauważyć.

Jak już jedziemy po drodze, to uważam, że naprawdę niezbędna sprawa to radar wsteczny od Garmina. Informuje on o zbliżającym się z tyłu szybciej od nas samochodzie/rowerzyście/biegaczu. I to z odległości ok. 150 metrów. W połączeniu z lusterkiem wstecznym daje to spore szanse na odpowiednią reakcję. Dlaczego napisałem również o rowerzystach? Ponieważ, szczególnie w lesie, przydaje się to, gdy mijają nas oni dość blisko i mogą połamać nam kije. Wybaczcie, że to napiszę, ale bardzo niewielu z Was, rowerzystów używa odpowiednio wcześniej dzwonka (o ile go ma), albo chociaż krzyknie wcześniej: „Uwaga z lewej” czy „lewa wolna”. Pamiętajcie o tym proszę.

Kolejna sprawa, to nawigacja. Żeby nie sięgać co chwilę do kieszeni i telefonu, na dłuższych trasach czy wyprawach korzystam z 2 rzeczy. Słuchawki dousznej (przydaje się też podczas rozmów w czasie jazdy), oraz wyświetlacza HUD na kasku, nad prawym okiem (o-synce USEE). Uwaga, współpracuje on tylko z nawigacją Naviki, która na szczęście, jeśli chodzi o drogi rowerowe, jest tak dokładna jak mapy.cz, o ile nie dokładniejsza (choć, nie ufajcie im nigdy bezgranicznie i sprawdzajcie wyznaczoną trasę przed wyjazdem, bo czasami potrafią wyprowadzić, i to dosłownie, w pole ;)). Na wyświetlaczu możemy zobaczyć wskazówki do skrętów, aktualną prędkość, ile nam zostało do końca trasy itp. Wymaga on trochę przyzwyczajenia, ale po chwili już nie przeszkadza i jest bardzo użyteczny.

No i ostatnia sprawa, która na szczęście się nie przydała, ale zawsze ją mam aktywną podczas samotnych wypraw. To Tocsen. Czyli taki mini system SOS dla rowerzystów i rolkarzy przyczepiony na kasku. Działa to w ten sposób, że gdybym się wywrócił w terenie i stracił przytomność, to wysyła on informację o moim położeniu GPS do zapisanych w aplikacji kontaktów, oraz do innych osób w pobliżu, które również korzystają z tego systemu.

I już na koniec. Ta wyprawa była poniekąd wyprawą testową. Czy ja i sprzęt damy radę. Okazało się, że to nic strasznego :) Spędziłem naprawdę niesamowity tydzień i zrobiłem też trochę zamieszania na Wybrzeżu :) No i poznałem mnóstwo fajnych i życzliwych ludzi. Także na pewno nad polskie wybrzeże jeszcze kiedyś wrócę, a na przyszły rok mam już w planach „Szlak wokół Tatr”. Oczywiście również z przyczepką :)

Spotkanie z uczestnikami Road To Hel i wspólne ostatnie 40 km

 

Komentarze do wpisu (6)

17 czerwca 2022

Świetna wycieczka i relacja. Polecam również trasę Odra-Nysa wzdłuż granicy Polsko-Niemieckiej. U naszych sąsiadów są znakomite szlaki rowerowe które można przecież przejechać na skjakach.

17 czerwca 2022

Dzięki Mateusz :) nie ukrywam, ze również o niej myślałem. Gdyby liczyć tę trasę od samych Czech, to będzie ok. 650 km :) Na pewno będę miał ją na uwadze.

17 czerwca 2022

Maciek, super. Czytałem w trakcie, przeczytałem po, bo skAjki są WIELKIE. Frajda z początków, duma z rezultatów po niewyobrażalne... - potem. Sport, aktywność - z innej planety. Do relacji wniósłbym co nieco odnośnie Garmina i nawigacji. Radar Garmina JEST typu MUST HAVE. Natomiast wiem że lepszy w drodze "gdzieś przed siebie" jest ślad GPX zaplanowany np na Stravie wedle popularnych tras a potem odtworzony na zegarku z taką możliwością. Taka opcja jest suuuper precyzyjna (gdy trafisz na rozwidlenie to od razu wiesz w którą stronę). Trzymam kciuki za dalej.

18 czerwca 2022

Maćku! jesteś WIELKI!!!! BRAWO!!!

18 czerwca 2022

Coś bliżej o przyczepce . Kupić, zrobic?

20 czerwca 2022

- Arek - Dziękuję za miłe słowa :) Myślę, że dzięki tej wyprawie jeszcze bardziej zakochałem się w rolkach terenowych, ponieważ ukazały mi swoje nowe, ew. bardziej rozszerzone oblicze. Możliwość kilkudniowych, swobodnych wypraw. Naprawdę polecam każdemu coś takiego spróbować. Co do radaru Garmina, to zgadzam się. Już dla rowerzystów to naprawdę przydatny sprzęt, natomiast dla nas, "kijkowców", już wręcz niezbędny. Co do nawigacji, to ten mój system oparty na wyświetlaczu HUD + Naviki, w większości przypadków sprawdził się naprawdę nieźle. - Jerzy - jeszcze raz bardzo dziękuję :) - Tadeusz - Przyczepka to standardowy model bagażowy od Burleya, typ "Nomad" + dodatkowo zestaw rozsuwanych dyszli o nazwie "walking and hiking". Ogólnie każda firma "przyczepkowa" ma taki zestaw dodatkowo w ofercie. Czasami jest to typowy zestaw zimowy. Co do ceny, to cóż. Nie jest to tania rzecz. Same przyczepki nie są najtańsze + trzeba doliczyć dodatkowy koszt zestawu do jej ciągnięcia. Ja ten sprzęt kompletowałem przez kilka lat, stąd też i koszt mi się trochę rozłożył w czasie. Ale można szukać używanych, lub pomyśleć o wypożyczeniu takiego zestawu, bo i taka możliwość też istnieje. Pewnie zrobić się też da, ale trzeba pamiętać o niskiej wadze i możliwościach transportu całości w jak najbardziej kompaktowy sposób.

do góry
Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper.pl